wtorek, 2 września 2014

♥ Rozdział 15



Wysiadłam z samochodu. Stałam na chodniku przed wejściem do ogromnego budynku. Uniosłam oczy, żeby obejrzeć całą wysokość lotniska. Posiadłość była prawie cała przeszkolona. W  niektórych szybach było widać rzucających się sobie na szyje ludzi, którzy, jak się spodziewałam, wracają z długich podróży. W ich oczach można było dostrzec szczęście, które mnie w tej chwili omijało wielkim łukiem. Powędrowałam wzrokiem w drugą stronę. Tam zaś ujrzałam rozpłakaną parę. Dziewczyna krztusiła się łzami, chłopak też był tego bliski, ale jak to mężczyzna, chciał zachować zimną krew. Mocno się ściskali i co jakiś czas, któreś obdarzało drugie pocałunkiem. Tak właśnie się czułam. Czułam, że jestem okrutna, bo zostawiam przyjaciół tutaj, ale z drugiej strony byłam zrozpaczona, ponieważ tak po prostu pozwolili mi odejść...

 Po chwili ocknęłam się i podeszłam do bagażnika, żeby wyjąć swoje walizki. Tata już wyjmował największy, czarny bagaż, który oczywiście należał do mamy. Mamy szczęście, że nie jadą z nami teraz Ewelina, Rafał i jego narzeczona, bo tak to byśmy musieli dopłacić za bagaż. Z jeden strony dobrze, ale z drugiej nie... Co ja będę robić przez ten czas, w którym Ewelina będzie w Polsce czekała na wyniki matury?...Rafałem tak bardzo się nie przejmuję, bo wiem, że i tak będą mieszkać u siebie... No nic... Miejmy nadzieję, że kogoś tam poznam... Sięgnęłam po średniej wielkości, plastikową, miętową walizkę, która należała do mnie. Szybko i zręcznie ją wyciągnęłam ( choć nie była super leciutka ) i postawiłam ją na chodniku. Nacisnęłam guziczek na rączce i pociągnęłam ją w górę. Przechyliłam bagaż i przeszłam z  trudem przez dość wysoki chodnik do szklanego wejścia na lotnisko. Drzwi rozsunęły się przede mną. Pewnym ruchem przebrnęłam przez długi korytarz. Chwile potem dołączyli do mnie rodzice. Słyszałam jak na świeżo wypolerowanej podłodze skrzypią moje trampki, ale przyzwyczaiłam się do tego, więc szlam dalej przed siebie. Podeszliśmy do kolejki, która stała i czekała na odprawę. Kolejka nie była długa, ale tak wolno się poruszała, że moje myśli były w stanie powrócić. Znów zatraciłam  się w myślach. Co będzie z moją przyjaźnią z osobami, które poznałam tu, w Polsce? Co jeśli o mnie zapomną? A co jeśli ja zapomnę? Chyba jako normalny człowiek powinnam się trochę przejmować lotem, nowym domem… A i tak po głowie latają mi myśli o rzeczach, które już za raz będą przeszłością… Czemu? Czemu to tak jest? Że zawsze kiedy coś ma się stać przeszłością boli najbardziej? Czemu nie potrafimy o tym zapomnieć, żyć teraźniejszością? Z jednej strony myślimy: „Muszę zapomnieć, to przeszłość, nie cofniesz czasu, nie wrócisz.”, ale nasza druga połówka mówi: „Nie zapominaj, to jest ważne, nie wolno ci zapomnieć!”.Człowiek się gubi, gubi we własnym labiryncie - labiryncie, który sam wymyślił i stworzył. Masz zapomnieć, ale nie możesz, musisz wyjechać na zawsze, ale nie możesz zostawić przyjaciół. To jest bardzo dziwne uczucie. Takie… takie…Wprowadzające zamęt w głowie. Nie potrafisz się skupić na prostych rzeczach, bo ciągle masz przed oczami smutne twarze żegnających się przyjaciół. Jesteś przekonany, że to wszystko to twoja wina, choć wszyscy ci mówią, że tak musiało być i ty nic nie zrobiłeś w tym kierunku… 
- Sandra, mogłabyś się pospieszyć? Blokujemy kolejkę! - krzyczała mama, stojąc przed przysadzistą panią, która niecierpliwie tupała nogą w oczekiwaniu na mój bagaż. Przyspieszyłam kroku i po chwili znalazłam się u boku mojej rodzicielki. Kobieta za ladą, nie mogąc dłużej czekać, wyrwała mi walizkę z dłoni i położyła na czarnej taśmie. Bagaż podręczny również znalazł się w jej pulchnych dłoniach. Kiedy, po nalepieniu taśmy świadczącej o tym, iż kobieta widziała podręczną torbę, przyszło do oddawania bagaży, które mieliśmy trzymać w samolocie, kobieta wyglądała tak, jakby najchętniej wyrzuciła nasze bagaże do stojącego w pobliżu kosza. Na widok jej zmarszczonych, krzaczastych brwi, parsknęłam cichym śmiechem. Przerzuciłam  torbę przez ramię i ruszyłam za rodzicami, w stronę kolejki, jaka ustawiła się przed bramkami.
  - Na litość boską, idźże szybciej, bo nie zdążymy! - mama najwidoczniej nie była w dobrym humorze, bo co rusz mnie ponaglała. Musiała się na kimś wyżyć i oczywiście padło na mnie.  
~*~
- Sandra! - znajomy, męski głos wyprowadził mnie z przemyśleń. - Hej Sandra! Tutaj!  
To był… Krzysiek? Co on tu robi? Jednak na zawracałabym sobie teraz tym głowy. Rzuciłam wszystko i pobiegłam w jego stronę. Zarzuciłam ręce na jego szyje i mocno uścisnęłam. Poczułam jego perfumy. Takie… cudowne. 
Ściskaliśmy się dobre kilka minut. Łzy zaczęły mi się zbierać w oczach. Mało brakowało, a wybuchłabym płaczem na środku lotniska w jego objęciach. To okrutne, że tak nagle przeprowadzasz się i zostawisz wszystko. Może i będziemy się spotykać w wakacje i pisać do siebie, ale to nie to samo. To nie to samo co poczucie jego perfum, jego skóry, jego włosów… Niespodziewane brunet odsunął się dosłownie o kilka centymetrów i rękami złapał moją twarz.
- Obiecasz mi coś? - wyszeptał wpatrując się swoimi pięknymi oczami w moje. Kiwnęłam głową na znak, że obiecam. 
- Nie zapomnij mnie… Dobrze?  

W tej chwili już z straszliwym trudem powstrzymywałam  łzy, co nie zdarzało mi się często. Spuściłam głowę i parsknęłam śmiechem, chcąc powiedzieć tym: „ Ciebie nie da się zapomnieć… ”. Przetarłam łzę, który mi się wymknęła. Krzysiek przechylił głowę trochę w dół i się uśmiechnął.  Po kilku sekundach przymknął oczy i zbliżył swoje usta do moich. Nie byłam w stanie przerwać pocałunku. Było to takie cudowne… Niestety zawsze wszystko ma swój koniec i początek… Odsunął się ode mnie i szeroko uśmiechnął. Przez moją twarz też przemknął cień uśmiechu. Ponownie się przytuliliśmy. Ale mama to przerwała. Stała z tatą przy taśmach, machali do mnie i krzyczeli, żebym przyszła. Szybko pocałowałam chłopaka w policzek, uśmiechnęłam i pobiegłam do rodziców. Stojąc przy walizkach odwróciłam się i spojrzałam na Krzyśka. Pomachałam mu, a on zrobił to samo. Patrzyliśmy się na siebie z dwie minuty. Miałam wrażenie, że tata, który za mną stał pokazał mu gestem, żeby sobie poszedł, bo momentalnie zwrócił wzrok na swoje buty, uśmiechnął  się ostatni raz i wyszedł z lotniska
.~*~
Stałam z mamą przed półką z perfumami w jednym ze sklepów na strefie bezcłowej, kiedy usłyszałyśmy głos, który mówił, że możemy już podchodzić do bramek. Mama szybko wybrała {TE} perfumy Diora, a ja {TAKIE} Chanel. Zawsze podobały mi się ich zapachy. Ale mama za nimi nie przepadała. To kolejna rzecz, która nas różni. Mama woli inne zapachy, ubrania, ludzi...      
   Tata stał już w kolejce do wejścia na pokład. Szybko do niego podbiegłyśmy i ustawiałyśmy się obok. Nie czekaliśmy długo. Jakieś 10 minut? Może nawet miej.
~*~ 
Ku mojej radości siedziałam sama. Z dala od rodziców i od innych ludzi, którzy skorzy byli do irytowania mnie swoją obecnością. Rodzice siedzieli gdzieś na samym początku...Wzięłam do rąk samolotową poduszkę i włożyłam ją sobie pod głowę. Usiadłam przy oknie, wyjęłam słuchawki i telefon z torebki, którą chwilę potem musiałam położyć na szafce nad moją głową, założyłam słuchawki na uszy i włączyłam {MUZYKĘ}. Z zamkniętymi oczami, czekałam na start samolotu, słuchając piosenki. Niestety nie słuchałam długo. Przerwało mi szturchnięcie w ramię. Szybko zdjęłam słuchawki i odwróciłam głowę w stronę osoby, która mi przerwała. Był to przystojny, wysoki, brunet o ciemno brązowych oczach. I oczywiście z wielkim uśmiechem na twarzy. 
 - Mogę?... - wskazał na siedzenie obok mnie.
 - Tak, oczywiście - odpowiedziałam z uśmiechem. 
Chłopak usiadł obok i się przedstawił.
- Jestem Philip, miło mi cię poznać - uśmiech nie schodził chłopakowi z twarzy, mimo iż było widać, że jest mocno zmieszany. Mnie też nie zachwycała jego obecność, ale nie zamierzałam kryć tego pod uśmiechniętą maską. Mimo wszystko wypadało się przestawić.
- Ja mam na imię Sandra, mi również miło - wymusiłam kolejny lekki uśmiech.
Myślałam, że skoro już się znamy, to nowy znajomy da mi w spokoju przespać cały lot, jednak grubo się myliłam.
- Po co lecisz do Nowego Jorku? - zagaił mnie, gdy tylko usiadł wygodnie w swoim fotelu. Spojrzałam na niego spod byka, ale widząc te niesamowite brązowe oczy, wpatrujące się we mnie jak cielę w malowane wrota, chętnie opowiedziałam mu historię swojej przeprowadzki i co robię tutaj, zamiast bawić się z przyjaciółmi. Gdy zadałam mu te same pytanie, czyli dlaczego on również chce kisić się dziewięć godzin w ciasnym samolocie, okazało się, że mimo swojego typowo Amerykańskiego imienia pochodzi z Polski.
- Przeprowadziłem się do Stanów, aby zapewnić mojemu bratu lepszą opiekę lekarską. Polscy lekarze nic nie dali, więc było trzeba przenieść się za granicę. Mieszkam tam już dobre pięć lat, ale jeżdżę do kraju, odwiedzać swoją ciotkę - całą tę historię opowiadał z taką paletą emocji, jakby był to co najmniej scenariusz jakiegoś dramatu komediowego, czy czegoś podobnego. Podczas gdy on jeszcze rozbudowywał swoją opowieść, ja rozstawiłam swojego laptopa i postanowiłam połączyć się z moją przyjaciółką – Emilią na wideo czacie i przedstawić jej mojego towarzysza.
~*~
"Za pół godziny wylądujemy na lotnisku w Nowym Jorku, prosimy zapiąć pasy. Temperatura na zewnątrz wynosi trzydzieści stopni Celcjusza" - po tych słowach szybko zapięłam pas i zerknęłam na swoje { CIUCHY }.
- Chyba nie będzie ci za zimno, co? - zaśmiał się Philip, a ja dałam mu kuksańca w bok 
- Słuchaj... Przez cały lot nieźle  się dogadywaliśmy i... - nagle chłopakowi język stanął kołkiem i nie potrafił się poprawnie wysłowić - Może.. No..
- No wysłów się w końcu! - zaśmiałam się, a policzki Philipa przybrały szkarłatną barwę.
- Może dałabyś mi swój numer? - wypowiedział te słowa z prędkością karabinu maszynowego i ledwo zdołałam zrozumieć co ma mi do przekazania. Chwyciłam małą karteczkę wystającą mi z plecaka, zapisałam rząd cyfr i wręczyłam chłopakowi. Kilkanaście minut później bezpiecznie wylądowaliśmy na płycie lotniska, a wszyscy pasażerowie wstali z miejsc tworząc nieznośny tłum w wąskich korytarzach. Niektórzy jeszcze w skarpetkach, z nieświeżymi oddechami i owinięci bluzami sięgali po swoje bagaże. Niechętnie dźwignęłam swoje ociężałe ciało z siedzenia, aby również wcisnąć się w tłum ludzi. W tym samym czasie Philip także podniósł się z miejsca, zapewniając mnie, że poda mi moją torbę. Nie był to co prawda bohaterski czyn, ale mimo wszystko zrobiło mi się miło. Po wyjściu z samolotu, oboje rozeszliśmy się w różne strony. Po przejściu kolejnych kilku bramek i ochrony celnej wreszcie opuściliśmy to przeklęte lotnisko. Za drzwiami, moim oczom ukazał się piękny { SAMOCHÓD } o białej barwie, a zza kierownicy uśmiechał się do nas, wysoki blondyn - Michael, który miał być naszą prawą ręką, czyli krócej mówiąc menadżerem, co wzbudziło u mnie pozytywne emocje. Własny menadżer, załatwiający nam każde luksusy, to nie byle co. Wrzuciliśmy bagaże do samochodu oraz zajęliśmy siedzenia i ruszyliśmy w drogę do naszego nowego domu. Byłam zachwycona mijając wysokie budynki, kolorowe reklamy i tysiące ludzi, słuchając jednocześnie wesołego trajkotania Michaela. Chłopak opowiadał nam jak to on zamieszkał w Nowym Jorku i znalazł sobie tę właśnie pracę. Po półtorej godziny drogi, znaliśmy już całą historię życiową naszego kierowcy - od czasu poczęcia, aż do teraźniejszego momentu. 

 


~*~
Szczęka mi opadła, gdy ujrzałam {TEN} ogromny, piętrowy budynek z bajeczną werandą i dużym, niemalże widokowym, tarasem. Naokoło domu było śliczne morze i ogródek z basenem . Na plaży było dużo ludzi, wszędzie widziałam moich rówieśników jeżdżących na deskach i tym podobnym…Nacisnęłam klamkę drzwi i po chwili znalazłam się w pięknym, lekko zaciemnionym holu.
- Dzień dobry panienko! - krzyknęła mi do ucha niska, czarnowłosa kobieta o oliwkowej cerze. Miała na sobie spódniczkę do kolan oraz białą koszulę. Uśmiechała się szeroko, a sam fakt, że nazwała mnie panienką sprawił, że poczułam się niczym ta arystokratyczna panienka, z tutejszych amerykańskich filmów. Za mną, w korytarzu znaleźli się moi rodzice. Kobieta oznajmiła nam, że jest naszą sprzątaczką.
- Dzień dobry! - odwzajemniłam uśmiech kobiecie. Gdy przywitałam się z elegancką kobietą, ta zabrała nas na wycieczkę po domu. W piwnicy odkryliśmy piękny basen (pomijając to, że w ogrodzie takowy również istniał). Zaraz za basenem znajdowała się spiżarka. Co prawda jeszcze pusta, ale znając moją mamę, już jutro drzwi nie będą się domykały. Obok spiżarki, była pralnia. Parter zaopatrzony był w sterylnie czystą kuchnię, piękny, jasny salon, elegancką jadalnię oraz nienaturalnie dużą łazienkę.Na pierwszym piętrze znajdowało się biuro rodziców, pomieszczenie o szarych ścianach, łazienka z wielkim jacuzzi i pokój rodziców z pięknym dużym łóżkiem zdobiącym całe pomieszczenie. Na drugim piętrze znajdowały się trzy pokoje. Środkowy miał być mój, po lewej Eweliny, a jeden stał pusty i zamknięty. Weszłam do swojego pokoju i gdy tylko rzuciłam się na anielsko wygodne łóżko, dobiegło mnie
pukanie do drzwi. Zza nich wystawała rozczochrana i uśmiechnięta głowa Michaela, który przyniósł moją walizkę. Podziękowałam mu, a on tylko skinął głową i wyszedł. Rozejrzałam się po pokoju  z tego co zobaczyłam był on największy ze wszystkich trzech, a po prawej stronie znajdowały się drzwi na taras. Gdy rozpakowywałam swoje rzeczy, Sophie zawołała mnie na kolację. Szybko zbiegłam po schodach i przyszłam do jadalni gdzie czekali już na mnie rodzice i Sophia. Dyskutowali o czymś. Nie chciałam im przerywać, więc cicho usiadłam na końcu stołu. Zabrałam się za jedzenie kolacji. Nie zauważyliby mnie gdyby nie to, że sałata nie chciał mi się nadziać na widelec i uderzyłam widelcem o talerz.Uśmiechnęłam się z zakłopotaniem, poczułam jak moje policzki oblewają się rumieńcami. Wszyscy 3 nagle ucichli i spojrzeli w moją stronę.   
 - Smacznego... - powiedziałam cicho. Odpowiedzieli mi tym samym  i jakby nagle zapomnieli o tym zdarzeniu.
~*~
- To pyszne proszę pani - wykrzyknęłam gdy spróbowałam przygotowanej przez nią potrawy. 
- Dziękuję panienko - uśmiechnęła się promiennie
- Mogłaby mnie pani nie nazywać panienko? - poprosiłam - To trochę niezręczne. 
- Pod warunkiem, że i ty będziesz mówić mi po imieniu - zabawnie pogroziła mi widelcem, ale przystała na moje prośby. Po skończonej kolacji wróciłam do pokoju, wzięłam szybki prysznic, włożyłam swoją nową, świeżą {PIŻAMĘ} i wskoczyłam do łóżka. Chwilę później już spałam.
***
Hej :* Właśnie dodaje kolejny rozdział, to już 16 :) Bardzo was przepraszam, że to tak długo trwało, ale mam już nadzieję, że za niedługo pojawi się już 17 :P Dziękuję za pomoc mojej koleżance - Mai, mojej przyjaciółce - Emili, i wam wszystkim, że czytacie to opowiadanie i komentujecie ;)